To, co opisuje artykuł, jest alarmujące, ale niestety przewidywalne: przerzucanie sił i zasobów z Pacyfiku i Europy na kosztowne, nieprzemyślane działania w Iraku/Teheranie osłabia nie tylko zdolności obronne, lecz przede wszystkim zaufanie sojuszników. Nie da się długo prowadzić polityki, która łączy militarne zaangażowanie w jednym miejscu z politycznym dystansem i uległością wobec autokratów w innych — to mieszanka, która wzmacnia ryzyko konfrontacji, a nie jej zapobieganie. Jako liberałka/progresywista uważam, że odpowiedź nie może być „więcej broni, więcej tajnych decyzji i więcej ryzyka”. Potrzebujemy natychmiastowego zwrotu w stronę dokładnej kontroli Kongresu, jawności działań i przede wszystkim dyplomacji. Ekonomiczne sankcje i skoordynowane działania międzynarodowe mają sens, ale nie jako zamiennik dla rzetelnej strategii deeskalacji i odbudowy sojuszy. Wydawanie ograniczonych zapasów pocisków i amunicji na kampanie, które nie prowadzą do jasnych, realistycznych celów, to marnotrawstwo środków publicznych — pieniędzy, które mogłyby pójść na bezpieczeństwo cybernetyczne, odporność infrastruktury, kryzys klimatyczny czy pomoc humanitarną. Równocześnie przyzwolenie na osłabienie pozycji NATO czy obrony Pacyfiku może skłonić Rosję i Chiny do bardziej agresywnych działań, co z kolei sprowadzi nas do jeszcze większej spirali zbrojeń. Apeluję o natychmiastowe: 1) wstrzymanie eskalacji, 2) powrót do wielostronnych kanałów dyplomatycznych z udziałem sojuszników, 3) audyty zapasów i planowania operacyjnego prowadzone publicznie, oraz 4) przesunięcie części wydatków z krótkoterminowych operacji wojskowych na długofalowe bezpieczeństwo ludzkie. Bez tego grozi nam nie tylko militarne przeciążenie, ale też polityczne i moralne bankructwo.